Podróżując, oprócz fotografii nagrywam również sporo materiału wideo. Lubię łączyć to wszystko na koniec w jeden spektakl audio-wizualny. Poniżej znajdziecie film który powstał z tego wyjazdu. Zapraszam również na mój kanał YT, gdzie można znaleźć inne moje produkcje.
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu:
Trochę pospaliśmy. Za oknem namiotu rozgrywa się spektakl mglisto-chmurny. Niskie chmury przewalają się po okolicy i nad nami. W końcu mgła nas pochłania, a my ruszamy w tej mgle w drogę powrotną.
Schodząc niżej mgła się rozwiewa. Dzień jest bardzo przyjemny i pogodny. W Tromviku jeszcze chwilę siedzimy na niewielkiej plaży i czas łapać stopa powrotnego w kierunku Tromsø.
Nie czekamy długo. Miejscowi nas zabierają i wysadzają przed Tromsø. Mamy jeszcze półtora dnia do samolotu. Chcemy zdobyć jeszcze jedną górę, Kjølen, o wysokości 790 m. Plecaki na plecy i do góry.
Tego dnia chmury niezwykle urozmaicały widoki. Ocean był nimi przykryty, przewalały się przez przełęcze. Coś pięknego.
Docieramy na szczyt. Stoi tu jakaś instalacja, zapewne telekomunikacyjna i jest schron turystyczny. Bardzo przyjemny, nieduży pokoik ze stołem i ławkami. Dało by się tu spać, ale mamy inne plany.
Widoki są piękne. Widać najwyższe pasma wyspy Kvaløya, widać Tromsø, widać masę innych gór w około i widać naszą górę na której byliśmy jeszcze dzisiaj.
Jest już wieczór, słońce jest nisko. Chmur jest sporo, ale czasami gdzieś promienie słońca wyskoczą i oświetlą jakiś teren.
Czas już schodzić. Skracamy drogę na przełaj, przez głazowiska i duże pola śniegowe. W oddali drogę przecina nam samotny renifer. Nie zwraca na nas uwagi, dostojnym krokiem poszedł w swoim kierunku.
Czas już rozbić namiot. Jest już po 23.00 gdy stawiamy nasz domek i szykujemy się do spoczynku. Słońce liże malowniczo okoliczne góry. Nasza ostatnia "noc" na północy. Miałem ze sobą latarkę, ale przeleżała cały wyjazd nieużywana.
KVALØYA-TROMSØ - 11 LIPCA 2022
To już ostatni dzień. Pozostało nam zejść do Tromsø.
Na przedmieściach spotykamy grupkę reniferów. Chodzą sobie wśród zabudowy i skubią kwiatki. To był mój pierwszy raz gdy widziałem je z tak bliska i na tym wyjeździe w ogóle zobaczyłem je pierwszy raz.
Wieczorem odlatujemy do Oslo.
Wyjazd był niezwykły. Uwielbiam klimat północy. Szczególnie Norwegia z jej masą gór i fjordów robi niesamowite wrażenie. Pogoda dopisała. Pomimo sporej dawki deszczu, nie brakowało też słonecznych chwil. Przede wszystkim nawet jak padało to była jakaś widoczność. Najgorzej byśmy trafili gdyby nic nie było widać, bo wszystko było by spowite mgłą i chmurami. Z chęcią jeszcze wrócę w północne krainy.
Do następnej relacji. 😉
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu:
Mamy plan. Pomysłów było kilka, padło na jedną górę wyspy Kvaløya. Kvaløya to piąta wyspa Norwegii, jedyne 754 km². Mamy do przejechania 45 km, liczymy na sprawny autostop.
Przekraczamy wielki most łączący Tromsø i Kvaløya. Szukamy dobrego miejsca do autostopowania. W pierwszej zatoczce stajemy z wyciągniętym kciukiem. Długo nie stoimy. Najpierw podjeżdżamy 6 km, następnie z niemieckimi turystami w kamperze dojeżdżamy do naszego celu.
Za nami miejscowość Tromvik, przed nami Rekvik. Teraz pisząc tą relację dociera do mnie, że tak się nazywają modele namiotów naszego polskiego Fjord Nansena. Z "Rekvikiem" przeszliśmy duuużo kilometrów w 2024 roku po Karpatach Słowackich i Rumuńskich. Szczerze polecam ten model.
Stoimy u podnóża górki Tromtinden (636 m). Trzeba się wdrapać 600 m do góry. Pogoda jest coraz ładniejsza, w końcu mamy więcej słońca niż chmur.
Nasza góra nie jest jakaś wybitna, ale będziemy mieli z niej widok na ocean i okoliczne tysięczniki. Mozolnie do góry, najpierw karłowaty lasek, później już tylko kamieniste zbocze.
Na przełęczy otwiera się widok na ocean. Gdzieś tam przed nami, prawie 800 km stąd, leży archipelag Svalbard, znany bardziej pod nazwą Spitsbergen.
Poniżej przełęczy kolejne jeziorko, wpadło nam w oko jako dobre miejsce na biwak. Słońce wygrywa walkę z chmurami. Okoliczne góry pokazują się w całej okazałości. Oj, tak, jest pięknie.
W końcu zdobywamy upatrzony szczyt. Tromtinden. Usypany kopczyk kamieni i obłędne widoki dookoła.
Jest dosyć ciepło, rozleniwiamy się. Na szczycie zostajemy zdecydowanie dłużej niż planowaliśmy. Pogoda zrobiła nam prezent. Dzień przeradza się w "wieczór", a później w "noc". Kolory stają się obłędne. Wszystko pokrywa się żółtym, ciepłym światłem i trwa tak wiele godzin. Jest bezwietrznie i cicho. Czujemy się spełnieni. Chcieliśmy zobaczyć ten spektakl północy i udało się.
Przed godziną pierwszą w nocy zaczynamy schodzić. Słońce nad oceanem jest w okolicach najniższego punktu.
Zejście na przełęcz i jeziorko zajmuje nam ponad 1,5 godziny. Znajdujemy płaskie miejsce pod namiot i po godzinie drugiej, zasypiamy. Wciąż w promieniach słońca.
C.D.N.
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu:
Dzisiaj robimy sobie luźniejszy dzień. Nigdzie się nie spieszymy. Za "oknem" nie pada, ale chmur nad górami sporo.
Niedaleko miejsca gdzie spaliśmy wznosi się punkt widokowy na Tromsø. Znikomą ścieżką, przez mokre krzaki, wspinamy się, by zobaczyć coś nie coś z góry.
Pierwszy widok otwiera się na zachmurzony szczyt Tromsdalstinden (1238 m).
Wkrótce otwiera się widok na Tromsø. Warto było się wspiąć te 400 m.
"Brama Arktyki". To stąd startowały wszystkie wyprawy odkrywcze. Roald Amundsen i inni.
Tromsø leży na wyspie. Z góry roztacza się szeroka panorama. Miasto, woda i góry.
Na zejściu czekają na nas kolejne schody Sherpów. Czemu akurat oni je budowali? Przecież to tylko schody i jaki jest sens sprowadzać ludzi z drugiego końca świata?
Nie zwiedzamy gruntownie miasta. Przechodzimy jedynie przez centrum. Podoba mi się, ma fajny klimat. Obieramy azymut - lotnisko. Nasza elektronika wymaga podładowania.
W ustronnym miejscu, trzy rzuty beretem od lotniska, rozbijamy namiot. Prognozy pogody są optymistyczne. Mamy jeszcze 2,5 dnia wolnego i chcemy go dobrze wykorzystać.
C.D.N.
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu:
Kolejny dzień wyjazdu, pochmurno-deszczowy dzień, czyli typowa pogoda w tych rejonach. Składamy namiot z widokiem na ciężką chmurę i ulewny deszcz na horyzoncie.
Powoli musimy opuszczać Lofoty. Za pięć dni mamy samolot z Tromsø. Jest to ponad 400 km stąd i nie wiemy ile nam zajmie dojazd autostopem.
Idziemy w kierunku głównej drogi. Deszcz czasami pada, czasami nie. Pomimo pogody turystów na plażach Haukland nie brakuje.
Po kilku kilometrach marszu zatrzymuje się i zabiera nas kamper. Turyści z Niemiec. Parkowali na poboczu i widzieli nas jak ich mijaliśmy. Dla nich również Uttakleiv było za drogie, nie chcieli płacić kilkuset złotych za nocleg na parkingu. Jadą do miasteczka Henningsvær. Jedziemy z nimi.
Henningsvær jest ładną portową miejscowością. Turystów nie brakuje. Niestety pogoda nie dopisuje. Ciągle coś leci z nieba.
Ruszamy dalej. Stajemy na wylocie z miasteczka i łapiemy stopa. Do tej pory szczęście nam sprzyjało, tak samo jest i tym razem. Długo nie czekamy i jedziemy dalej.
W Svolvær odwiedzamy sklep i robimy zakupy na kolejne dni. Ponownie wychodzimy poza miejscowość i ponownie szybko zatrzymuje się auto.
Stoimy na poboczu, z plecakami na grzbiecie, po pelerynach spływa woda. Leje. Zatrzymuje się małe miejskie auto. Zwijamy peleryny i wsiadamy. Kierowcą jest młody duńczyk.
Pytamy czy jedzie w stronę Narviku. Potwierdza. Po krótkiej rozmowie wyszło, że jedzie do swojej dziewczyny do Tromsø. Zrobiliśmy oczy jak pięć złotych. Pytamy czy możemy z nim do Tromsø. "Nie ma problemu". I tym sposobem spędziliśmy kolejne sześć godzin, w małym aucie, mknąc do naszego celu. Dyrekcja Wszechświata o nas zadbała. 😃
Prawie całą drogę padało. Nasz kierowca niespecjalnie przejmował się ograniczeniami prędkości. Po północy wysadził nas obrzeżach miasta. W deszczu szukamy jakiegoś miejsca pod namiot. Nie jesteśmy wybredni. Okoliczne krzaki wyglądały zachęcająco.
W brzuchach burczało, zmęczenie doskwierało. Coś na ząb i spać...
C.D.N.
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu:
Jak ja się wyspałem tej "nocy" to nie mam pojęcia. Gosia uśnie tam gdzie się położy, a ja jestem kapryśny jeśli chodzi o równość podłoża. Po otworzeniu namiotu widzimy oświetlone słońcem góry. Bez ciężkich, wiszących chmur okolica wygląda znacznie przyjemniej.
Czas na wspinaczkę. Mamy przed sobą 500 m w pionie. Od święta ktoś tędy chodzi, ścieżka taka, że prawie jej nie widać, ale jest. Zawsze to jakieś ułatwienie.
Za nami widoki na zatokę i jezioro nad którym spaliśmy. Jest pięknie. Słońce czasami gdzieś zaświeci, dominują jednak chmury. Póki co nie widać deszczu na horyzoncie.
Zdobywamy grań. O, TAK! Jest duży efekt "WOW". Otworzył się widok na cały fjord Reine. Widać miejscowość, widać drogę "skaczącą" po wysepkach, widać okoliczne góry.
Podeszliśmy od tej łagodnej strony, druga strona grani jest urwiskiem. Jeszcze chwila i stajemy na bezimiennym szczycie. Jesteśmy 730 m ponad wodą, którą przecież tak dobrze widać tam w dole. Jak rzucę kamieniem to doleci. :P
Warto było się tu wdrapać. Aparat sam wskakuje do ręki. Widać fiordy, jeziora, wodospady... no i oczywiście wszystko to otoczone górami.
Czas iść dalej, zawracamy i schodzimy tym samym grzbietem. Pogoda się nieco psuje. Coraz więcej ciężkich chmur na niebie.
Chcemy dojść granią do popularnego punktu widokowego Reinebringen. Okazuje się to dosyć problematyczne. Teren staje się trudny. Trzeba się wspinać na czterech łapach. Duży plecak nie pomaga. Pogoda również, zaczyna padać. Do ciężkiego plecaka doszła peleryna przeciwdeszczowa. Wymarzony strój wspinaczkowy.
Nie mam lęku wysokości, ale instynkt działał. Były momenty gdy miałem stracha i zadawałem sobie pytanie: "kurde, jak to przejść?".
Spotykamy pierwszych ludzi, którzy weszli na punkt widokowy i poszli granią dalej.
Nie dziwię się popularności tego miejsca. Stosunkowo łatwo dostępne miejsce z pięknymi widokami.
Czuć bliskość atrakcji turystycznej. Punkt widokowy Reinebringen jest najpopularniejszym punktem na Lofotach i w ścisłej norweskiej czołówce. To widać. Ludzi jest pod dostatkiem.
Kilka lat temu Sherpowie wybudowali tu schody. Teraz tymi schodami musimy zejść ponad 400 metrów. Kolana lubią to.
Idziemy przez Reine. Szukamy dobrego miejsca na łapanie stopa.
Chcemy się dostać do Uttakleiv, mamy ponad 50 km do pokonania. Nie czekamy długo. Wysiadamy przy głównej drodze, kilka kilometrów od celu. Resztę przejdziemy na nogach lub może jeszcze się coś trafi. Dużo nie przeszliśmy gdy dwie młode amerykanki na wakacjach zabierają nas ze sobą.
Lofoty kojarzą się z górami, ale mają również niesamowite plaże. Plaże i góry to piękna kombinacja. Niektóre są trudnodostępne, do innych można dojechać. Jeśli jest dojazd to i są turyści, masa turystów. Powstają kempingi, parkingi dla kamperów itp.
Jesteśmy w Haukland. Za górą jest Uttakleiv. Dwa popularne turystyczne miejsca. W obu tych zatokach są piękne plaże. Gdyby było nieco cieplej można by się popluskać w wodzie.
Przed Drugą Wojną Światową do Uttakleiv nie było żadnej bitej drogi, był dostęp od morza i górskie ścieżki. Po wojnie miejscowi, wspomagani przez państwo, wybudowali sześciokilometrową drogę otaczającą górę. W 1998 roku powstał tunel długości 899 m i teraz dojazd jest bezproblemowy.
Spędziliśmy chwilę na plaży Haukland i starą drogą ruszyliśmy do Uttakleiv. Kilka kilometrów malowniczej nadbrzeżnej drogi.
Przed nami kolejna piękna zatoka z piaszczystą plażą. Uttakleiv. Kilka namiotów na brzegu, parking z kamperami.
Myśleliśmy o noclegu tutaj, ale ceny nas zniechęciły. Wracamy tą samą drogą.
Dzień dobiega końca, czas poszukać miejsca na nocleg. W połowie drogi pomiędzy dwiema miejscowościami, przy małej plaży, rozbijamy namiot. Jest przepiękny słoneczny "wieczór". Złota godzina, która może trwać przez całą noc. Marzymy o takiej białej nocy gdzieś wyżej, w górach. Najwyższy czas odpocząć.
C.D.N.
Moimi opowieściami i doświadczeniem dzielę się z Wami bezpłatnie. Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć można to zrobić tu: